Ostatnie wpisy
Zakładki:
|
środa, 18 listopada 2009
14-15.11.2009 Sendai/Matsushima
Sendai to nowoczesne i duże miasto, chociaż na warunki japońskie to zaledwie średniak. W naszym hotelu nocowała akurat młodzieżowa drużyna baseballistów, więc bezzwłocznie udaliśmy się do centrum by nie musieć wysłuchiwać ich pokrzykiwań. Krótki spacer, obiad w jednej z setek restauracji i ustalenie planu na następny dzień. Matsushima, która była naszym celem, to ostatni z Trzech Widoków Japonii. Kilkaset wysepek porośniętych sosnami troszkę nas zawiódł. Może to z powodu nadmiernej komercjalizacji, a może Japonia nas mocno rozpieściła, w każdym razie z całej trójki ten „widok” zajął w naszym rankingu ostatnie miejsce. Ciekawostkę stanowi fakt, że pan w informacji turystycznej usłyszawszy, że jesteśmy z Polski przywitał nas zwrotem „dziń dobre berdzo”. Byliśmy tym „berdzo” zdziwieni. Okazało się, że Pan był w Polsce, odwiedził również Gdańsk. Szok. W Matsushimie nie spotkaliśmy ŻADNEGO turysty spoza Azji (cały czas trudno nam jest odróżnić Chińczyków od Japończyków). Ogólnie rzecz biorąc w Sendai i okolicach ciężko o białych ludzi. Nawet w naszym hotelu większość stanowią turyści z Japonii. Ostre słońce nie pomagało w robieniu zdjęć, ale kilka udało się zrobić.
wtorek, 17 listopada 2009
12-13.11.2009 Takayama
Takayama to w wolnym tłumaczeniu „taka dziura”. To senne miasto u podnóży japońskich Alp nie ma turystom wiele do zaoferowania, ale nam nie o to chodziło. Chcieliśmy po prostu odpocząć na łonie natury, uciec od zgiełku wielkich miast i to nam się w Takayamie udało. Załączamy kilka zdjęć i żegnamy się z japońską prowincją.
niedziela, 15 listopada 2009
11.11.2009 Hiroshima/Miyajima
Hiroshima to jak do tej pory najbrzydsze miasto jakie widzieliśmy w Japonii i pierwsze, które nie posiada metra. Można poczuć się swojsko w tramwajach, które stanem nie odbiegają od naszych gdańskich krążowników. Zauważyliśmy dwie zasadnicze różnice: pierwsza to taka, że tramwaje wloką się niemiłosiernie, co by nie mówić nasze są o wiele szybsze, druga natomiast jest taka, że jeden tramwaj, w godzinach szczytu obsługuje pięć do sześciu osób. Cel jest jeden: sprawne wpuszczenie i wypuszczenie pasażerów, by nie dopuścić do opóźnienia. Mimo wszystko wolimy metro:>. To doświadczone przez historie miasto było dla nas przede wszystkim bazą wypadową, z której mieliśmy zamiar dotrzeć na wyspę Miyajima. Tam czekał na nas drugi z Trzech Widoków Japonii – Tori Chramu Itsukushima, zwane również „pływającym tori”. Teren wyspy zamieszkują oswojone jelenie, które jednak są mniej liczne niż te z parku w Narze. Skusiliśmy się z Olą na kilka lokalnych przysmaków i wróciliśmy do Hiroshimy. Tu zatrzymaliśmy się na chwilę przy Atomic Bomb Dome(Kopuła Bomby Atomowej). Ten budynek-pomnik, jako jedyny znajdujący się w hipocentrum wybuchu, nie został doszczętnie zniszczony. Jeszcze tylko krótki spacer po Parku Pokoju i powrót do hotelu. Następnego dnia czekała nas długa podróż do Takayamy.
sobota, 14 listopada 2009
10.11.2009 Himeji
Wycieczka do „japońskiego malborka” wypadła w pierwszy deszczowy dzień naszego pobytu w Japonii. Na szczęście przelotne opady nie zepsuły nam przyjemności zwiedzania i nie przeszkodziły w zrobieniu kilku zdjęć. Zamek jest imponujący, góruje nad okolicą i jest widoczny prawie z każdego miejsca w Himeji. Co ciekawe u jego podnóża znajduje się boisko do baseballu, ukochanego sportu Japończyków. Weszliśmy na szóste, ostatnie piętro Zamku, z którego rozciąga się wspaniały widok na całe miasto. Wracając zahaczyliśmy o „francuską” piekarnię. Po prawie dwóch tygodniach diety ryżowo-rybnej mieliśmy ochotę na chrupiącą bagietkę, bułę z parówką i parę pączkopodobnych wynalazków. Nad wejściem na dworzec, o pełnej godzinie rozpoczyna się mini-przedstawienie. Czterej muzykanci z Bremy(sic!) odgrywają swoją melodię… cała Japonia. Na naszym kanale na Youtube dostępne są dwa filmiki, które nakręcilismy w Himeji.
piątek, 13 listopada 2009
9.11.2009 Nara
Nara zaskoczyła nas już na samym początku angielskimi opisami na dworcu i biegle władającą tym językiem panią w informacji turystycznej. W ogóle jak do tej pory najlepiej opisane po angielsku miasto turystyczne w Japonii. Na terenach dużego parku znajduje się mnóstwo świątyń oraz muzeów, do których w kilometrowych kolejkach czekają Japończycy, by obejrzeć narodowe skarby. My przyjechaliśmy tu głównie po to, by zobaczyć największy posąg siedzącego Buddy w Japonii (Daibutsuden) znajdujący się w największym drewnianym budynku świata - świątyni Todai-ji. Park w Narze nie jest typowym japońskim parkiem. Drzewa nie są misternie podcinane, cały teren parku jest dostępny dla odwiedzających, a oswojone japońskie jelenie dosłownie jedzą Ci z ręki :>. Jak można zobaczyć na jednym ze zdjęć jelenie docierają praktycznie wszędzie. Obecność setek jeleni generuje, co oczywiste, dużą ilość odchodów, które zalegają sobie na ścieżkach i trawnikach. Taki stan rzeczy jest w Japonii na tyle rzadki, że dzieci na widok jelenich kup cieszą się jak na Boże Narodzenie. W normalnych warunkach zwierzęca kupa jest w Japonii niczym Yeti, wszyscy o niej słyszeli ale nikt jej nie widział. Właściciele natychmiast sprzątają po swoich psach, nie dopuszczając by ktokolwiek natrafił na niemiłą niespodziankę. Wracając do Kyoto ustalaliśmy już szczegóły następnego dnia, w którym to czekała nas podróż shinkansenem do Himeji, miasta znanego z najpiękniejszego zamku w całej Japonii, Zamku Białej Czapli. Relacja jutro.
czwartek, 12 listopada 2009
8 .11.2009 Kyoto
Kyoto i okolice najlepiej zwiedza się jeżdżąc na rowerze. Wypożyczyliśmy więc dwa wysłużone egzemplarze i ruszyliśmy brzegiem rzeki Kamo na południowo-wschodnie rubieże dawnej stolicy Japonii, by odwiedzić świątynie Fushimi-Inari. To co ściąga do tego miejsca turystów to wspinająca się po zalesionym zboczu góry trasa wyznaczana prze tysiące bram tori w kolorze czerwonym. Czterokilometrowy szpaler kilkumetrowych tori to coś, co na pewno zostanie w naszej pamięci na długo. W związku ze świętem wokół chramu kłębiły się tłumy wiernych, a kilkuletnie dzieci ubrane w tradycyjne stroje pozowały do zdjęć niczym hollywoodzkie gwiazdy. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o majestatyczna świątynie Nanzenji, którą widzieliśmy kilka dni wcześniej ale niestety po zmroku. Tym razem mogliśmy ja podziwiać w pełnej krasie. To był nasz ostatni dzień zwiedzania Kyoto. Następnego dnia udaliśmy się do Nary, by zobaczyć największy posąg Buddy w Japonii. Relację zamieścimy jutro.
środa, 11 listopada 2009
7.11.2009 Kyoto
Sobota była ostatnim dniem intensywnego zwiedzania Kyoto. W planie mieliśmy zobaczenie złotego pawilonu(Kinkakuji), świątyni Ryoanji ze słynnym skalnym ogrodem zen, Ninnanji z pięciokondygnacyjna pagodą oraz Myoshinji, od której zaczęliśmy zwiedzanie. Mimo że największa atrakcja dnia miał być słynny pozłacany gmach Kinkakuji, to nam najbardziej do gustu przypadła kontemplacyjna atmosfera świątyni Myoshinji. Rozbudowany kompleks świątynny z rozległymi przepięknymi ogrodami, modlący się mnisi oraz brak turystów wynagrodził nam poranną pobudkę. Opisywany wszędzie skalny ogród w Ryoanji, przez wielu uznawany za najdoskonalsze wyrażenie ideałów buddyzmu zen okazał się dużą piaskownicą z rozrzuconymi kamieniami różnej wielkości. Na dokładkę na platformie widokowej wielkości średniego balkonu stłoczyło się 1000 osób by fotografować i podziwiać to arcydzieło, przy okazji robiąc hałas porównywalny z dźwiękiem wydawanym przez stado bizonów. Nieliczni kontemplujący idee zen musieli czuć się nieswojo. Tłumy w Ryoanji to jednak nic przy tych otaczających Kinkakuji. By sfotografwać ten budynek przydały mi się umiejętności nabyte podczas wielu lat poruszania się komunikacją miejską: praca łokciami, operowanie barkiem i wytrwałość w dążeniu do celu. Efekt można zobaczyć gdzieś poniżej. Największym sukcesem tego dnia uznaję zrobienie zdjęcia złotemu pawilonowi bez złapania w kadr Japończyka. Jutro relacja z naszej rowerowej wyprawy poza Kyoto do świątyni Fushimi-Inari, jak się miało okazać odwidzimy ją w dzień świąteczny, ale nie uprzedzajmy faktów.
niedziela, 08 listopada 2009
6.11.2009 Amanohashidate
Dzisiaj w naszej podróży dzień relaksu. Pojechaliśmy do Amanohashidate, żeby zobaczyć jeden z Trzech Widoków Japonii. Nasz pobyt w tej malutkiej miejscowości podzielony była na dwie części: pierwszą stanowił wjazd na punkt widokowy i obserwacja podniebnego mostu, drugą była przejażdżka rowerowa mierzeją porośniętą przez tysiące sosen. Według legendy w tym właśnie miejscu pierwotni bogowie stworzyli wyspy japońskie. Przyjazd tu okazał się świetnym pomysłem, wśród garstki turystów na próżno było wypatrywać obcokrajowców(może dlatego, że jedynym napisem po angielsku był tekst na tej tablicy). Jedynym dzisiejszym zgrzytem była kompletna nieznajomość nawet podstawowych angielskich zwrotów przez CAŁY personel dworca, włącznie z informacja turystyczną. To w połączeniu z całkowitym brakiem „normalnych” napisów spowodowało, że nie bardzo wiedzieliśmy, do którego pociągu wsiąść. Z tego to powodu odbyliśmy dodatkową wycieczkę krajoznawczą regionalnym pociągiem jadącym z prędkością przeciętnego składu PKP, do tego zatrzymującym się w każdej mieścinie i przepuszczającym wszystkie inne pociągi. Powrót więc z planowanych 2 godzin zajął nam bagatela 4. Nie zepsuło nam to jednak humorów (no może trochę Oli) i zadowoleni dotarliśmy w końcu do Kyoto. Krzysztof Jeżyna za Szczecina, szef wszystkich szefów znany jest w Japonii jako "Suntory Boss". Jest na co drugiej maszynie z napojami. Kozak.
sobota, 07 listopada 2009
piątek, 06 listopada 2009
4-5.11.2009 Kyoto część I
Trzeba się sporo nabiegać, żeby zobaczyć w Kyoto wszystko to co jest warte uwagi. Komunikacja nie jest tak doskonała jak w Tokyo, a miasto jest niemiłosiernie rozciągnięte. Wiele świątyń znajduje się w samym centrum miasta, a otacza je zaledwie skrawek zieleni. Inny klimat panuje jednak we wschodniej części Kyoto. Na porośniętych bujna roślinnością zboczach gór znajdują się najpiękniejsze świątynie i parki jakie do tej pory widzieliśmy. Ta cześć miasta utrzymała swój dawny charakter. Buddyjscy mnisi, sintoistyczni kapłani, kobiety w kimonach, zapach kadzideł, mantry, bicie w dzwony, to wszystko sprawia, że człowiek czuje się jakby odbywał podróż w przeszłość. Naszemu pobytowi dodaje kolorytu pobyt w ryokanie, hotelu w japońskim stylu. Po dwunastu godzinach chodzenia miło jest wrócić do wnętrz przypominających do złudzenia te ze zwiedzanych świątyń i zamków. Dosyć słów, zapraszamy do obejrzenia zdjęć. Główna hala dworca w Kyoto | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||